
Pamiętam jak wybrałem się kiedyś z pewnym kontrahentem do Świnoujścia na kwartalny Festiwal Ryb Śródziemnolądowych. Poruszaliśmy się prędkim kutrem niestety na skutek błędu nawigacyjnego zniosło nas na zachód i wylądowaliśmy u ujścia rzeki w jakimś zupełnie nam nieznanym miejscu. Mój kontrahent (de facto Pan Narbutt) wyjął ze sztormiaka berimbau, a następnie orzekł, że odkryliśmy nowy ląd i natychmiast nazwał to miejsce Rio De Janeiro, ergo styczniowa rzeka, bo to w styczniu się wydarzyło. Problem w tym, że wcześniej na naszej szalupie miała miejsce absorbująca libacja i tak naprawdę był już marzec. Po drugie to co widzieliśmy to nie była rzeka, tylko taka podłużna zatoka, która po dokładniejszej inspekcji okazała się szpitalem psychiatrycznym na Srebrzysku. Tak, tak pamiętam ten podłużny szpital psychiatryczny na Srebrzysku. Komfortowe ściany.Karnawał falujących korytarzy. Turnieje taneczne bez muzyki. No ale trudno się było już z tego wycofać, bo nazwa się przyjęła i powstały na ten temat szanty żeglarskie.
Wiedzieliśmy, że spoczywała na nas ogromna odpowiedzialność. Trzeba się było jakoś w tej “Brazylii” zaprezentować. Jakoś się dogadać. Zaangażować nasze bose nosy i akcentować te wszystkie “akcentos”’ jakby nie było jutra, jakby nie było dzisiaj! Z pomocą przyszedł nam sponsor dzisiejszego odcinka, de facto producent preparatu Budesonid do nosa. Budesonid do nosa wyniosę pod niebiosa! No co? Przyjaciele chyba zgodzicie się ze mną że nigdy nie ukrywałem swojego probiznesowego nastawienia do życia! Dlatego nie powinno być dla Was niespodzianką że w dzisiejszym felietonie zdecydowałem się na tak dramatyczny product placement. Szkopuł w tym, że Budesonid został wycofany z rynku mniej więcej w tym samym roku w którym Beck napisał piosenkę Tropicalia także fortuny na tym marketingu nie zarobię, ale jeśli czyta ten artykuł jakiś uczciwy biznesman to pewnie już czuje na sobie to niewidzialne oko rynku. Zachęcam do inwestycji.
Pan Narbutt też czuł na sobie różne oczy, a także straszne rzeczy i zgliszcza tak więc postanowiliśmy się rozdzielić, on wybrał się na północ do toalety a ja podążyłem do Sao Paolo. Dotarłem tam w najlepszym momencie. Był rok 1967. Właśnie z północy zjechali się tak zwani “Zatokowcy” w składzie: Veloso,Gil, Ze, Os Mutantes, Gal Costa i inni. Z zachodu przyjechał Rogerio Duprat. Ze wschodu zjechał się mój szwagier, ale zapomniał kluczy i musiał się wrócić do domu. Na urlop bynajmniej tam nie przyjechali. Sytuacja była poważna. Wręcz krytyczna. Po latach wysublimowanej bossa-novy Brazylia ryzykowała staniem się eksporterem muzyki lounge, gatunku który nie potrzebuje ludzkiego odbiorcy i zadowala się graniem w tle gustownie umeblowanych, ale niezamieszkałych nieruchomości nad morzem.
Tak… Pamiętam te gustownie niezamieszkane nieruchomości nad morzem. Komfortowe ściany. Karnawał falujących korytarzy. Szum morza i szanty żeglarskie opowiadające historię o żeglarzach którzy odkryli że nie wszystko srebro co się brzysko.
Jako starszy wiekiem od razu zostałem dla tej brazylijskiej młodzieży fantastycznym mentorem. Tu coś im doradziłem tam coś schowałem pod dywan żeby ich nie łudziło na pokuszenie. Manifest im przepisałem na czysto. Tak, tak mieliśmy manifest! W naszym szaleństwie była metoda! Byliśmy przeciw wszystkiemu! Domagaliśmy się jego likwidacji. Naturalnie wszyscy byli przeciwko nam. Odwracali sie do nas plecami podczas koncertów a my odwracaliśmy się plecami do nich i graliśmy swoje. Na Srebrzysku się o tym do dziś wspomina podczas wieczornych obchodów. Ach co to była za młodzież! Czasem krzyknie tak ktoś na korytarzu. Ta trzecioświatowa radośc na twarzach! Ta lump-galanteria, ta elegancja słowa! Ja się tym za bardzo nie afiszuje no ale nie oszukujmy się, że zakochałem się z wzajemnością w dźwięku tego seksownosowego języka do tego stopnia że nauczyłem się na pamięć refrenu piosenki ‘O Sandalo’ Toma Ze. No, dla kogo Toma dla kogo Tomka! Kto u niego gościnnie mył zęby w piosence “Xique Xique” ten mył. Ja nie myłem.
Ten fragment szedł mniej więcej tak:
“Faça suas orações uma vez por dia E depois mande a consciência junto com os lençóis pra lavanderia”
Umówmy się, że znajomość tego tekstu nawet dziś po latach to wiedza bardzo niepraktyczna, wymagająca niesamowitego splotu okoliczności, by popisać się jej znajomością w towarzystwie. Ja jednak nie tracę nadziei i czasami waruję w pobliżu portugalskich pralni albo kościołów katolickich i czekam na “swoje pięć minut” , które de facto obiecał mi w tamtej dekadzie niejaki A. Warhol. Panie Adrianie nie chce ponaglać, ale umówmy się że człowiek nie robi się młodszy….
No jakże zbliżonemu fenomenowi podlegał nasz zdolny Tomek Ze, któremu jednak trochę lepiej udało się przechytrzyć czas i na stare lata wydać bardzo sympatyczne epitafium Tropicalli zatytułowane “Lixo logico” którego wysłuchamy sobie kiedyś indziej , już na spokojnie. Warto sobie przestudiować tego eksperymentatora ze smykałką do fuzji i instrumentu co to sprawdza się zarówno w muzyce jak i w budowlance. Na składankę dostała się wspomniana piosenka “Xique Xique” mimo iż jest ona z późniejszego okresu, ale ma w sobie podobny tropikalny niepokój i dyspensuje na lewo i prawo takimi cymesami jak “widziałem replikę repliki biblii’ .
Lokatorów lokatorów Srebrzyska zdawała się zapraszać na swoje okładki albumów przystojna Pani Gal Costa. Co poniektórzy z nich dostali się tam chyba po znajomościach z naszym Witkacym który ich inaczej rozrzedzał farbkami, ale nie czarujmy się – to było to samo towarzystwo.
No konia z rzędem temu, kto nam tutaj elokwentnie zinterpretuje początek i końcówkę, a nawet środek piosenki “Objeto sim, objeto Não”! Słuchając tego utworu chciałoby się powiedzieć : Co wy tu!? Czego Wy się tak drzecie gamonie? Robicie raban jak podczas wieczornego obchodu. Człowiek się jednak powstrzymuje od komentarza, bo a nuż za bardzo polega na tych oficjalnych źródłach a nuż nie jest w posiadaniu pewnych informacji, pewnych intuicji …
W roli tych wrzeszczących wcielał się często Caetano Veloso który ze swoim aksamitnym głosem śmiało mógłby startować w szranki z naszym “Słowikiem” Michalskim. No nie czarujmy się ja i tak stawiałbym na Michalskiego w trzeciej gonitwie, ale późniejsza i dojrzalsza twórczość Caetano (gdy już zmężniał i okiełznał bujną czuprynę) jest także bardzo miła dla ucha.
W jednym ze swych wcześniejszych utworów pan Kajtek w jakże żywiołowy sposób pije do ówczesnej dyktatury estetyczno-politycznej i zabrania zabraniania . Ta “Prohibicja Prohibicji” ma bardzo satysfakcjonujący wstęp w którym czujemy jak z oddali falującego korytarza zbliża się w naszym kierunku dźwięk elektrycznej gitary by wreszcie rozprysnąć się w naszych klatkach piersiowych wywołując różne emocjonalne sensacje. Pamiętam jak kiedyś rywalizowaliśmy z przyjaciółmi kto szybciej usłyszy pierwsze nuty tego podróżującego dźwięku i jak ja krzyczałem “teraz, teraz, do mnie!” a Pan Kajetek już deklamował że “Caí no areal e na hora adversa” pod koniec piosenki i w ramach gratisu oferował kilka zwrotek rzetelnej poezji. “Hora adversa” to swoją drogą bardzo elegancki zwrot pozwalający każdemu niedysponowanemu mężczyźnie, który na przykład zasłabł w tańcu albo niespodziewanie zrozumiał wstęp piosenki “Objeto sim Objeto Nao” i próbując go wytłumaczyć paramedykom został odtransportowany na Srebrzysko. Jest to przydatny zwrot także dla tych którzy zagubili się w składni swoich zdań jak w tej piosence o żeglarzach na morzu niezmierzonych możliwości, wybieraj lewy szot foka luz! Wybieraj pralkę i telewizor, wybieraj życie! Natomiast Fernando Pessoa sugerował że jest na odwrót i wyrażał per procura (de facto tym samym Kajetanem) że “trzeba nawigować a żyć nie trzeba”. Także ja już nic nie wiem. Tak czy inaczej pan Kajetan przypłacił za swoje artystyczne wybory odtransportowaniem do Londynu gdzie na przymusowej emigracji udało mu się od czasu do czasu coś zaśpiewać o swojej siostrze Maryji Bethani z zachowaniem sympatycznego akcentu. Ach co to było za fantastyczne rodzeństwo! Ten trzecio-szelmowski błysk w oku. Ta wielorasowa płynność i bezpretensjonalna elegancja słowa . Te falujące korytarze….
Tworzenie w warunkach skrajnej cenzury wytrenowało na Brazylijskiej scenie muzyki wyczynowej wielu profesjonalnych hyperbolistów. Ci mistrzowie metafory kojarzą mi się z naszymi wczesnymi Smoleniami i Laskowikami, albo Barejami którzy szmat życia zadedykowali zuchwałemu szmuglerstwu i przemytowi zakazanych treści. Czy należeli do nich Os Mutantes? Owszem, Owszem ale ci Mutanci w przerwach od wyskakiwania z okien szpitali psychiatrycznych zajmowali się głównie awant-gardłowym jechaniem po bandzie, za co oskarżano ich niesłusznie o kopiowanie Beatlesów. Na Srebrzysku jest nawet taki jeden korytarz do którego wchodzi się w piosence Minha Menina a wychodzi się u Becka w utworze Deadweight (pod koniec). Wyzbywanie się influencji nie było obce także innym brazylijskim tropikalistom, którzy zmagali się ze skomplikowanym pejzażem kiczowatej Karmen Mirandy, burżuazyjnej bossa-novy, lewackiego lekceważenia amerykańskiego rocka i organicznych wpływów afro-amazońskich. Ta historia zasługuje na dłuższy wywód i wymaga narratora o mniejszej inklinacji do dryfu dlatego ja zaserwuję Wam uproszczone streszczenie w którym wszyscy się nawzajem zjedli i w ramach tej kanibalistycznej uczty padła odpowiedź na pytanie “co to jest Brazylia i co to znaczy być Brazylijczykiem?”. Ja niestety wyszedłem w tym momencie do toalety także trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć – mogę natomiast uspokoić wszystkich zainteresowanych losami mojego kontrahenta że Pan Narbutt ma się dobrze i swój czas dzieli obecnie pomiędzy niemiecką wioską Blumenau, japońska dzielnicą リベルダージ i Nowym Gdańskiem. A wszystko to w tej samej Brazylii która jest chyba najsympatyczniejszym domem wariatów na zachód od Świnoujścia.
