
Pamiętam jak żeśmy drżeliśmy na wietrze jak te kropelki rannej rosy pragnącej powrotu do pierwotnego zbiornika i “co wy tu gamonie?!” do nas krzyczała szatniarka i do naszej ewaporacji się przyczyniała niewybrednie. Myśmy jej nie pozostawali dłużni aż końcu przez pomyłkę doprowadziliśmy do powstania podgatunku muzyki ambientu. Nie wszyscy nam to oczywiście uznali. Zaraz się zrobił raban w szatni, że byli jeszcze lepsi prekursorzy niż my i że to oni wynaleźli dwa razy lepszy ambient przed nami. A my co? Trwaliśmy z boku z szelmowskim półuśmiechem odbitym w taflach naszych wody i niby to im potakiwaliśmy, ale na stronie było nam ich żal, że te obszczymury nie zrozumieli etosu naszego gatunku! W ambiencie nie ma „twoje/moje” ! Wszystko jest nasze jak w utopijnym socjalizmie. Czas też jest umowny. Mili Państwo! Nie liczy się milisekund , sprawy się szacuje na milenia mililitrów! Przecież sam Roman wiesz jak to jest na wodzie! Natomiast ambient lądowy cechuje się tym że większość osób ma na nazwisko Pan Iskierki i wszyscy tylko mówią „no jakże on się jarzy no jakże mu z tym żarzeniem do twarzy”.
No i takie niepoważne historie mi czasami opowiada mój szwagier, a potem się dziwi, że mu nie chce zaufać w sprawach biznesowych i dać samodzielnie poprowadzić hodowli nutrii. Chciałem kiedyś zrobić z niego kreatywnego dyrektora, takiego Briana Wilsona co by wymyślił nietuzinkowe strategie rozwoju gryzoni, ale w trasę by się go nie brało, no i oczywiście z daleka od kontrahentów. Uwierz mi Roman! Zaklina do mnie nie dając za wygraną. Ja sobie z tym wszystkim zrobiłem “selfie”! Potem zaczyna szukać w telefonie, ale oczywiście mu “wykasowano” aż w końcu wręcza mi dwustronną składankę rzekomo traktujących o tym utworów. Odsłuchuję je , od tak z grzeczności. Wrażenia mi się nasuwają raczej ambiwalentne. No owszem słyszę w tej muzyce te przysłowiowe kropelki, iskry owszem lecą w piosence “Slug”, ale inne utwory mi się za bardzo panoszą po pokoju za bardzo mi się afiszują! A przecież oryginalnym postulatem tego gatunku miało być niezwracanie na siebie zbytniej uwagi, wkomponowanie się w przestrzeń jak skromne, dobrotliwe dekoracje, akcesoria lub gratisy. Już wczesny Erik Satie sugerował że można sobie tanio ambientem umeblować kawalerkę. Jeno Brian Eno pchał się z tą muzyką na lotniska i wszyscy wiemy jak się to dla niego skończyło (wyłysiał).
Po mojemu ambient najlepiej się sprawdza w pomieszczeniach kameralnych. Na małym metrażu ta muzyka ma sens, bo człowiek sobie morze po swojemu stworzyć i urządzić tę przestrzeń a dwa, że ona jest zarówno swojska, jak i wszechobecnie wieczna, co też ma swoje plusy, bo jak się ktoś tak porozpościera w bezmiarze wszechwag to mu się potem jest łatwiej pogodzić ze swoja pozorną skończonością. I tu się właściwie ze szwagrem zgadzamy, zresztą ja sam znałem kiedyś pewnego sadownika co to kazał puszczać ambient swoim owocom i kwiatom. Myśmy mu owszem wyżerali, ale człowiek miał do niego pewien szacunek, bo stary grał tą muzykę głównie w fazie przekwitania i nam trochę imponowało jak te kwiaty wykwintnie więdły bez skargi i gdyby nas psem nikt nie szczuł to ho ho, byśmy pewnie wyciągnęli z tego niejedną życiową nauczkę.
W muzyce biegnie cienka subtelna linia pomiędzy “otaczaniem” i “osaczaniem”, ja jednak przestrzegałbym przed ignorowaniem trzeciej opcji, a mianowicie “osadzania”, że tak powiem “ się” i od razu przychodzi do głowy powolna majestatyczność wapienia, galaktyki stalaktytów w kopalniach soli lub spąg nawarstwień przekraczający poziom lustra wód gruntowych. Wiem, bo sam kiedyś “orałem chorałem” w zespole Dotyk Gotyku w technikum. Graliśmy głównie “pod architekturę”, ale marzyły nam się koncerty w niedostępnych pieczarach gdzie w wyżłobionych szczelinach osadzałyby się dźwięki i kształtowały nasze nisze muzyczne. Chcieliśmy hołdować ich majstersztyku, być dla nich skromnym komplementem. Te jaskinie jawiły się nam jako ukształtowane szkatułki pełne skalnej sztukaterii przychylnej jeno oku mroku. Przeważnie koncertowaliśmy jednak w barze Orlik na Małym Kacku.
Zespół przetrwał dwa lata, pierwszy odszedł nasz klawiszowiec, który napisał ekscytującą ścieżkę dźwiękową do kotleta, ale później zmieniły się na promie wędliny i on już niestety za tym nie nadążył. Reszta zespołu, tzn. ja i pan Szymczak zajęliśmy się windami. Napełniliśmy je muzyką. Dłuższe, krótsze utwory w zależności od udźwigu i liczby pięter. W tamtych czasach ambicją młodych było granie w systemie paternoster, czyli tzw. windach paciorkowych. Żeby się na coś takiego załapać trzeba było mieć chody w Gliwicach. Szymczak miał tam jedną narzeczoną dzięki czemu zyskaliśmy dosyć dużą popularność na terenie zakładów Bumar Łabędy.
Nie czarujmy się, że windowa kwadratura była dla naszego dźwięku równie atrakcyjna co naprzemienna chropowatość i opływowość struktur naszych wymarzonych jaskiń. Zrozumieliśmy, jednak że kształty mają charakter umowny i ograniczony czasowo co Szymczak próbował później wyrazić na swoim solowym albumie i gdyby w ostatniej chwili nie otrzymał ode mnie silnego ciosu w głowę to pewnie by się mu to udało . Nie zrozumcie mnie źle, była u mnie zgoda na wyrażenie tych odczuć i przemyśleń, ale zusammen jako zespół. No i chyba to jest dla mnie największym atutem ambientu że być może nie dostarcza nam spektakularnych zysków, ale w długim okresie nikt nie jest na nim stratny. Reasumując mam nadzieje, że dostrzegli państwo moje próby zobrazowania tej muzyki jako przestrzennej i ponadczasowej no ale umówmy się że człowiek też nie ma nie wiadomo jakiego zasobu słownictwa żeby tu oddać albo zilustrować dlatego chyba najlepiej się samemu do tego wszystkiego ustosunkować przy sobocie. Serdecznie zachęcam.
